Więcej miejsc do kąpieli nie czyni nas automatycznie bezpieczniejszymi
W upalny dzień wołanie o więcej miejsc do ochłody jest zrozumiałe. Ale świadomość i umiejętność pływania ważą więcej niż beton — inaczej leczymy skutki, nie sięgając do przyczyny.
Każdego upalnego dnia rozlega się wołanie o więcej miejsc do kąpieli. Zrozumiałe, ale to mylenie problemu z rozwiązaniem: hamulcem jest umiejętność pływania i świadomość, a nie liczba miejsc.
Każdego upalnego dnia to samo wołanie brzmi coraz głośniej: dajcie nam więcej miejsc do pływania, więcej ochłody. Zrozumiałe — w gorący dzień ludzie szukają wody, a tam, gdzie coś idzie nie tak, chcemy szybko działać. Ale po trzydziestu latach spędzonych nad wodą niepokoi mnie odruch, który się za tym kryje. Grozi nam pomylenie prawdziwego problemu z rozwiązaniem.
Jak pisałem już wcześniej: woda się nie zmieniła, to my się zmieniliśmy. A sedno nie tkwi w liczbie miejsc, gdzie wolno pływać, lecz w tym, co ludzie potrafią i rozumieją, kiedy wchodzą do wody. Świadomość i umiejętność pływania ważą więcej niż beton — a są ku temu trzy powody.
Leczymy skutki, a nie przyczyny
Nowe miejsce do kąpieli nie jest środkiem bezpieczeństwa, jeśli ludzie, którzy tam przychodzą, nie umieją dobrze pływać albo nie potrafią ocenić zagrożenia. Wtedy każde dodatkowe miejsce tylko zwiększa narażenie. Najpierw fundament — umiejętność pływania, wyczucie zimnej i głębokiej wody — a dopiero potem miejsce.
Świadomość da się skalować, beton nie
Każdy kraj ma niezliczoną liczbę rowów, kanałów, stawów, rzek i jezior. Nie da się wszędzie zbudować bezpiecznego, urządzonego kąpieliska — a to właśnie przy tej nieuregulowanej wodzie najczęściej dochodzi do tragedii. Świadomość natomiast da się skalować: to, czego ludzie się nauczą, zabiorą ze sobą nad każdą wodę, także tam, gdzie nic nie jest urządzone i nikt nie patrzy.
Przenosi to odpowiedzialność
Im bardziej rozwiązujemy problem za pomocą miejsc i udogodnień, tym łatwiej pomyśleć, że bezpieczeństwo to coś, co ktoś „załatwia". Ale woda nie negocjuje i nie sprawdza, czy miejsce jest ładnie urządzone. Własna odpowiedzialność — umiejętność pływania, zachowanie trzeźwości, trzymanie dziecka za rękę — pozostaje pierwszą linią obrony.
Tam, gdzie coś idzie nie tak, problem rzadko tkwi w braku miejsc do kąpieli; tkwi w umiejętnościach i świadomości. W Holandii, gdzie pracuję, widać to teraz aż nadto wyraźnie: nauka pływania jest pod presją i nie każde dziecko uczy się już dobrze pływać jak coś oczywistego. Holandia nie jest w tym odosobniona — w całej Europie można znaleźć podobne przykłady, od kurczącej się nauki pływania po dzieci dorastające bez doświadczenia w wodzie, choć obraz mocno różni się w zależności od kraju. To tu tkwi hamulec, a nie w liczbie miejsc. Żaden nowy zbiornik rekreacyjny nie uczyni bezpieczniejszym dziecka, które nie umie pływać.
Zrozumcie mnie dobrze: nie jestem przeciw dobrym miejscom do kąpieli — wręcz przeciwnie, piękne i bezpieczne miejsca do pływania są cenne. Ale to drugi krok, nie pierwszy. Jeśli odwrócimy kolejność — najpierw infrastruktura, a dopiero potem człowiek — zbudujemy kraj pełen udogodnień, które nie dotykają prawdziwego problemu.
Skierujmy więc energię tam, gdzie przynosi najwięcej korzyści: na naukę pływania, na umiejętność oceny zagrożenia i na świadomość, że otwarta woda nigdy nie jest bezpieczna sama z siebie. Zainwestujmy najpierw w ludzi, a potem w miejsca. To nie jest popularne przesłanie w upalny dzień — ale to właśnie ono ratuje życie.
Właściciel szkoły pływania · przewodniczący NSWZ · założyciel De WaterExpert i WaterZeker · trzydzieści lat nauki pływania, czternaście lat jako ratownik.